Czarna Wołga odjechała

Przybywa wielbicieli małych browarów, ludzi z bardziej wysublimowanym gustem niż połykacze płynów, które proponuje Tyskwiec. Jednak promotorom niszowych smaków nie bywa łatwo. Z eks-właścicielem Czarnej Wołgi i właścicielem Browarium - Krystianem „Bułą” Bogusiakiem rozmawia Filip Żbikowski.
Czarna Wołga odjechała

Festiwal powstał z marzenia

- Nie można porównywać balangi w klubie z nagłośnieniem i sraczem w środku do imprezy na powietrzu i logistyki towarzyszącej takim przedsięwzięciom. Kto usiłuje to robić, jest idiotą. Festiwal Warhead może nie dojść do skutku. Z Arturem „Grabarzem” Grabarczykiem rozmawia Filip Żbikowski.
Festiwal powstał z marzenia

Euro spoko?

Jadąc trasą katowicką nie jest trudno odejść od zdrowych zmysłów. Ba, nawet nie trzeba się wysilać, by zgubić dobry humor i wprowadzić się w stan rozdrażnienia. To jak epidemia, która udziela się pozostałym podróżującym na przestrzeni 90 kilometrów. Justyna Kotowiecka nie tylko o Euro 2012.
Euro spoko?

Czarno-biała biegunowość

1 maja, niegdyś święto obowiązkowe, dziś na ulice wyciąga ugrupowania skrajne. W stolicy oprócz SLD i OPZZ manifestowali również anarchiści i nacjonaliści. Jak któryś z obserwatorów zauważył, oba ruchy nie mają w sobie nic atrakcyjnego dla przeciętnego obywatela - stwierdza Filip Żbikowski.
Czarno-biała biegunowość

Ko-media

Na media narzeka się powszechnie. Jednocześnie, z nie mniejszym zapałem, śledzi się je i czerpie z nich garściami. Jak to jest zatem: kłamią czy nie kłamią? Sprawa jest skomplikowana o tyle, że każdy środek społecznego przekazu ma jakąś linię programową. Filip Żbikowski o mediach.
Ko-media

Romskey: Utopia

W Polsce, na ogół, cel agresji determinuje ocenę, a nie sama agresja. [...] Nacjonalizm? Komunizm? W realiach międzynarodowych oddziaływań finansowych, komunikacyjnych i wielu innych - te pojęcia brzmią jak opowieści Tolkiena. Bloger Romskey zabiera głos w debacie o nacjonalizmie w Polsce.
Romskey: Utopia

Wiosenne porządki

Przemoc grup skrajnie prawicowych rośnie. Łysogłowi zaliczyli kolejny punkt w tym smutnym żniwie: w Białymstoku ofiara śmiertelna. Stukot ciężkich paramilitarnych butów słychać jednak nie tylko tam. Filip Żbikowski inicjuje dyskusję o polskim nacjonalizmie i jego obliczach.
Wiosenne porządki

Wrobieni w beznadzieję

Coraz mocniej zaciska się pętla Unii, którą na nasze szyje nakładają jej kundle. Drożeje wszystko: alkohol, jedzenie, paliwo. Polacy żyją na kredyt wiary w cud tuska (piszę z małej ze względu na brak szacunku do tej marnej wszy). Piotr Łabiszewski wzywa do rewolty.
Wrobieni w beznadzieję

Perfekcyjne koło przemocy

W Polsce panuje przyzwolenie na przemoc wobec dzieci i kobiet. Funkcjonujący model patriarchalnej rodziny nie sprzyja walce ze zjawiskiem. Służby, podobno do tego powołane, są słabo zorganizowane i posiadają nikłą wiedzę odnośnie problemu. Magdalena Goeldner o przemocy domowej.
Perfekcyjne koło przemocy

Prima aprilis

„Przy wejściu do kościoła będą bramki wykrywające telefony komórkowe” - błoga cisza i tylko ukradkiem spojrzenia jeden na drugiego, o co biega. Dzieci się zaśmiały, a dorośli wryci stoją i milczą. Dalszy ciąg ogłoszeń parafialnych jakby w ogóle nie istotny. Justyna Kotowiecka po prima aprilis.
Prima aprilis
Neteor to polski blogoportal. Blog tworzony przez zespół autorów, ale wyjątkowy, bo w formie portalu internetowego. Dostarczamy informacje z kraju i ze świata oraz wyrazistą publicystykę, obok której trudno przejść obojętnie. Chcemy, by Neteor był ważną platformą dyskusji na różnorodne tematy i nie boimy się do tej dyskusji prowokować. Jeśli chcesz przyglądać się Polsce, Europie i światu razem z nami, czytaj Neteora.

Redaktor naczelny: Tomasz Migdałek tomaszmigdalek@gmail.com
Redakcja: redakcja.neteor@gmail.com
Tomasz Górny, Katarzyna Guzik, Justyna Kotowiecka, Piotr Łabiszewski, Tomasz Migdałek, Szymon Nowaczyk, Katarzyna Renkiel, Filip Żbikowski. Współpracownicy: Justyna Bereśniewicz, Andrzej Kruk, Paula Radwanowicz.

Zainteresowany reklamą?
Mamy atrakcyjną ofertę dla reklamodawców. Kliknij, aby poznać szczegóły.
Naczelny

Kufel zamiast gazety

Na co dzień większość komentatorów rzeczywistości żyje polityką i nią się zajmuje. Czytelnicy poniekąd nie mają wyjścia i chłoną to, co autorzy im dają. Pora przełamać ten schemat i miast politykować, zająć się prawdziwą przyjemnością.
Tomasz Migdałek
21-05-12

Czarna Wołga odjechała

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Czarna Wołga odjechała
Przybywa w Polsce wielbicieli małych browarów, ludzi cechujących się bardziej wysublimowanym gustem niż połykacze płynów, które proponuje tzw. Tyskwiec (umowna, zbiorcza nazwa najpopularniejszych w kraju marek). Jednak promotorom niszowych smaków nie bywa łatwo. Z eks-właścicielem Czarnej Wołgi i właścicielem salonu piwnego Browarium - Krystianem „Bułą” Bogusiakiem rozmawia Filip Żbikowski.

Filip Żbikowski: - Jakiś czas szukałeś swego miejsca w rzeczywistości. Sprawdzałeś różne opcje, pracowałeś za granicą. Skąd pomysł na piwny lokal?

Krystian Bogusiak: - Kilka lat spędziłem na hiszpańskiej Majorce. Mieszkałem i pracowałem w miasteczkach Magaluff i Palmanova. Są to miejscowości czysto rozrywkowe, gdzie młodzi Anglicy, Szwedzi czy Niemcy przyjeżdżają na alkoholowe wczasy. Sprzyja to niesamowitej ilości knajp, pubów, dyskotek, night clubów i czego tam sobie nie wymyślisz, żeby nazwać lokal, w którym można kupić alkohol. Byłem w Amsterdamie, Berlinie czy Barcelonie, ale nigdzie nie widziałem takiej ilości barów na „metr kwadratowy”. Jest przy  plaży dwukilometrowa ulica, na której jest około 500 miejsc, gdzie można wdepnąć na piwo. Konkurencja i klientela niemalże z całego świata powoduje, że różnorodność ofert, wystroju, klimatu, muzyki itepe jest nie do ogarnięcia. Stąd pomysł, żeby zrobić coś takiego po powrocie do Heimatu. Przecież w Słupsku nic takiego nie ma - myślę sobie, wszystkie knajpy na jedno kopyto, wszędzie to samo piwo i ta sama muzyka. Nawet kafelki w kiblach takie same...

FŻ: - Opowiedz więcej o Czarnej Wołdze i jej idei, eventach, które organizowałeś. Słupsk to nawet nie stutysięczne miasto, nie miałeś obaw?
KB: - Wołga była lokalem dla przyjaciół i wszystkich tych, którzy nie czują się komfortowo w otoczeniu krótko ostrzyżonych „sportowców” i pijanych gówniarzy. Muzyka też odbiegała od knajpianej normy, co w połączeniu z największą ofertą piwa na środkowym Pomorzu dawało ciekawy efekt: różowe księżniczki i nadmuchani panowie wychodzili jak nie po usłyszeniu muzyki, to po zetknięciu z lodówkami, gdzie nie było Żubra i Redds'a.

Eventy? W kamienicy w centrum miasta nie ma mowy o koncertach czy potupajach. Poszliśmy więc w „piwną edukację”. W Międzynarodowy Dzień Piwa i Piwowara  był wykład i degustacja, na Dzień Świętego Patryka były piwa irlandzkie, zielone (oryginalne, nie Specjal z barwnikiem), irlandzki folk i tak dalej. Generalnie wszystkie imprezy kręciły się wokół tego, co oferuje piwny świat. Obaw nie mieliśmy, byliśmy pełni pasji i wiary, że robimy coś z sercem, a nie tylko dla mamony.

FŻ: - Lokalizacja wydawała się świetna - główny pasaż Słupska, blisko dworców PKP i PKS. Dlaczego nie zadziałało?

KB: - Pytanie chybione. Zadziałało. Pamiętaj, że postawiliśmy na „edukację”, nie na mamonę. Teraz ludzie w Słupsku wiedzą, że piwo to nie tylko te pięć marek, które reklamują w telewizji. Natomiast bliskość dworców dała pretekst konkurencji do wypisywania głupot na forach internetowych, że „Wołga jest dla buraków z PKS-u” (śmiech). Wołga jako jedyny słupski lokal został dostrzeżony przez  piwoszy z całego kraju. Pamiętamy jeszcze, jak przyjeżdżali do nas usteccy wczasowicze ze Stolycy, bo „w Słupsku to się można napić takiego piwa, jakiego nie ma nawet w Warszawie”.
Piwo to nie tylko żółta woda gazowana z alkoholem, ale również odpowiednie wysycenie, zawartość ekstraktu, metoda warzenia, dobrane słody czy gatunki chmielu. Piwowarstwo, jedna z najstarszych sztuk czy też rzemiosł ludzkości, sprowadzone zostało przez korporacje do stylu disco polo.
FŻ: - Jak zareagowałeś na ustawowy zakaz palenia w prywatnych lokalach? Czy w świetle dzisiejszych posunięć władz nie wydaje ci się to ówczesnym badaniem gruntu, sprawdzianem, na ile rząd może sobie pozwolić bez reakcji bezwolnych obywateli?

KB: - Ustawa weszła w momencie, gdy lokal był już w trakcie adaptacji, więc nie mieliśmy większego wyboru. Na początku byliśmy strasznie, delikatnie mówiąc, rozczarowani. Jednak miesiące pracy za barem pozwalają stwierdzić, że zakaz jest słuszny. Sam palę jak lokomotywa, ale mogę to robić na zewnątrz. Z punktu widzenia, tfu, „biznesowego”, podobnie - klient, który pali przy stole wypije mniej piw i będzie bardziej pijany niż ten, co nie pali. Na drugą część pytania nie odpowiem, bo nie ma związku z tematem wywiadu. Nie zdziwmy się tylko któregoś dnia, że Unia nam zakłada w domach czujniki dymu, a wszystko przejdzie po cichu, bo okaże się, że Rutkowski jest ojcem nieszczęsnej Madzi...

FŻ: - Jak układała się współpraca z miastem?

KB: - Jaka współpraca? Miasto pobiera tylko haracz za koncesję na sprzedaż alkoholu. Jest to niebagatelna kwota ponad trzech tysięcy złotych rocznie. Przedsiębiorca (czytaj: frajer) nie ma za to nic: opieki prawniczej, administracyjnej, zero! Natomiast byle lump czy sąsiad-pieniacz wywalony z lokalu może złożyć donos, że „tu, panie, dziwki są i narkotyki” i leżysz. Z góry zakłada się winę dopóki nie udowodnisz, że jesteś niewinny. Pisma, tłumaczenia, sprawy sądowe na twój koszt. Szkoda gadać.

FŻ: - Małe, lokalne browary zdobywają coraz więcej zwolenników, czyżby nie nadszedł jeszcze czas oferujących takie piwa knajp? Być może padłeś ofiarą knowań Tyskwca?

KB: - Takie knajpy doskonale funkcjonują w całej Polsce, przykładowo Degustatornia i Kandelabry w Trójmieście, Browar Ciechan otwiera całą sieć swoich lokali... Po raz kolejny powtarzam: nie padliśmy ofiarą żadnych knowań i nie zbankrutowaliśmy. Po prostu zmieniła się forma prowadzenia biznesu połączonego z pasją. Świadczą o tym setki zadowolonych klientów oraz słupskie sklepy, które nagle zauważyły, że w Polsce jest jakieś inne piwo niż Żubr i Warka i próbują z nami konkurować.

FŻ: - Smutne jest to, że korporacje potrafią ludziom wmówić wiele spraw, podobnie jest z głównymi, najpopularniejszymi markami piwa w Polsce. Wielu piwoszy nadal uważa je za znakomite smakowo.

KB: - Nie mylmy tutaj piwosza z konsumentem. Jeden kupuje znaczki na poczcie jak leci i byle taniej, a drugi jeździ po giełdach, jarmarkach, spotkaniach i wydaje grube sumy - którego nazwiemy filatelistą? Podobnie z piwem - jeden ma wyłożone na to, co pije, byle taniej i mocniej, drugi zaś poszukuje czegoś nowego, ma instynkt poznawczy. Piwo to nie tylko żółta woda gazowana z alkoholem, ale również odpowiednie wysycenie, zawartość ekstraktu, metoda warzenia, dobrane słody czy gatunki chmielu. Piwowarstwo, jedna z najstarszych sztuk czy też rzemiosł ludzkości, sprowadzone zostało przez korporacje do stylu disco polo. Zdecydowana większość konsumentów zna tylko te marki, które są reklamowane w telewizji. Codziennie słyszymy w sklepie teksty typu: nie wiedziałem, że jest tyle piwa! W samej Polsce w tej chwili rozlewa się około 400 marek piwa, na świecie jakieś 40 tysięcy. Pamiętajmy, że to co widzimy w mediach to nie prawda objawiona, tylko po prostu ktoś jest bardziej cwany, albo ma więcej kasy niż inni. Wracając do korporacji: piwo jako bodaj jedyny środek spożywczy w tym kraju nie podlega ustawowo informowaniu klienta o pełnym składzie. Dlaczego? Czy komuś to jest na rękę? Skoro korporacje nie mają nic do ukrycia, to czemu nie podają składów swoich wyrobów oprócz suchego tekstu: zawiera słód jęczmienny?

FŻ: - Jakie plany po zamknięciu Czarnej Wołgi?

KB: - W tej chwili na stałe mamy ponad 250 marek piwa, z tego ponad połowa to Polska. Chcemy dobić do 400, na więcej nie mamy miejsca. W tym roku chcemy otworzyć także drugi sklep. Większych planów nie zdradzam, gdyż konkurencja nie śpi.

FŻ: - Dzięki za rozmowę i powodzenia.

Kufel zamiast gazety

Autor/Dodał: Tomasz Migdałek

Kufel zamiast gazety
Na co dzień większość komentatorów rzeczywistości żyje polityką i nią się zajmuje. Czytelnicy poniekąd nie mają wyjścia i chłoną to, co autorzy im dają. Pora przełamać ten schemat i miast politykować, zająć się prawdziwą przyjemnością.

Taka odskocznia będzie na miejscu, kiedy rzucimy okiem na okładkę dzisiejszego Newsweeka. Antysemickie obsesje Tomasza Lisa znalazły swój wyraz w kolejnym jego projekcie i potwierdzają, że poważne traktowanie twórcy Faktów w kategoriach dziennikarskich to nieporozumienie. Dlatego dziś proponujemy, żeby odsunąć na bok szaleństwa salonowych mediów i zwyczajnie napić się piwa. Właśnie piwa - czyli porządnego, odżywczego i szlachetnego trunku, a nie sikacza, jakiego na plecach marketingowej kobyły wciskają nam wielkie koncerny.

Moda na lokalne browary już dawno przestała być niszową egzotyką, o czym najlepiej świadczy zachowanie wspomnianych gigantów. Potężne firmy, których codzienna działalność nie ma nic wspólnego z piwowarstwem, starają się naśladować politykę mniejszych konkurentów. Stąd do masowej sprzedaży trafiają raptem piwa pszeniczne, niepasteryzowane czy „tradycyjne”. Zazwyczaj są jedynie wulgarną podróbką tego, co w piwie naprawdę dobre. Jako pasjonat złocistego napoju zachęcam do poszukiwań i nie ulegania stereotypom. Nawet wśród autentycznych piwoszy spotkać można takich, wedle których polskie piwa grają w europejskiej trzeciej lidze, a marki z Czech, Niemiec czy nawet Ukrainy biją je na głowę. Nie wierzcie im. Polacy naprawdę są zdolni do rzeczy wielkich, a warzenie znakomitych piw część rodaków doskonale opanowała.

Najlepiej przekonać się samemu, że prawdziwe piwo wygląda, pachnie i smakuje inaczej. W tym celu polecam udać się do profesjonalnego sklepu piwnego lub pubu, gdzie specjały leją wprost z beczek. Dziś na Neteorze Filip Żbikowski porozmawia z twórcą pierwszego słupskiego lokalu, który wyspecjalizował się w serwowaniu regionalnych piw. Obecnie Krystian Bogusiak sprzedaje trunki z całego świata w sklepie Browarium. Takich miejsc jest w Polsce coraz więcej - szukajcie ich, pijcie na zdrowie (ale z umiarem) i nie pozwólcie, by etatowi narzekacze na polskość obrzydzili wam rodzime browary i nas samych.

Festiwal powstał z marzenia

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Festiwal powstał z marzenia
Festiwal Warhead może nie dojść do skutku dzięki wrażej robocie kilku usteckich decydentów. Z Arturem „Grabarzem” Grabarczykiem rozmawia Filip Żbikowski.

Filip Żbikowski: - Kim jest radny Siudek i dlaczego jego złowieszczy cień unosi się nad Warheadem?

Artur Grabarczyk: - Hehehe, dobre pytanie na sam początek. Jest jednym z 15 włodarzy zasiadających w Radzie Miejskiej Ustki. A cień jak to cień - zawsze jest zależny od pozycji słońca, a tam gdzie słońce nie wschodzi wysoko nawet mali ludzie mają długie cienie. Nic więcej. 

FŻ: - Czy jest więcej takich, którzy chcą pozbyć się festiwalu z Ustki?

AG: - Być może tak jest, ale do mnie nie dotarły jakieś wyraźne sygnały od takich osób. Nie widzę racjonalnych przesłanek, aby taki festiwal nie mógł się w Ustce odbywać. Jest dość liczna grupa mieszkańców, która zdecydowanie opowiada się za kontynuacją tej imprezy. Szczerze powiedziawszy nie miałem zamiaru organizować jej w tym roku, ale są ludzie, którzy chcą, aby ona się odbywała, dlatego też w Ustce powstało Stowarzyszenie Twórców i Sympatyków Sztuki Alternatywney Y Niezależney „Qrzayka”, którego członkowie za jeden z głównych celów statutowych postawili sobie realizację „Warhead”. Moja rola w tym roku sprowadza się do tego, aby pokazać tym ludziom mechanizmy działające przy realizacji tego typu projektu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku mój udział będzie znikomy. Młodzi ludzie nie mający rodzin dysponują większymi możliwościami czasowymi, których mi, niestety, zdecydowanie brak. Uważam, że „Qrzayka” to znakomity sposób na zagospodarowanie wolnego czasu młodzieży z pasją, pragnącej robić coś więcej ponad trwonienie czasu przed komputerem, w knajpie, czy też na osiedlowej ławce.

FŻ: - Czy pozyskałeś jakichś sponsorów, co dałoby ci korzystniejszą kartę przetargową w negocjacjach z miastem?

AG: - Tak - mamy sponsora. Jednak nie rozumiem, co masz na myśli pytając o „miasto”? Miasto to my, czyli mieszkańcy. Podejrzewam, że chodzi ci o usteckich urzędników. Wiesz - trudno jest negocjować z kimś, kto ma zamknięte horyzonty i nie widzi przyszłości w realizacji tego typu projektów. Ustka jest miastem portowym, więc otwartym na świat - dosłownie i w przenośni.

FŻ: -  A propos, niektórzy z polskich organizatorów podobnych imprez letnich zarzucają ci, że nazywasz Warhead festiwalem sztuki alternatywnej i niezależnej, a jesteś „uzależniony” od pieniędzy z urzędu miasta. Jak to skomentujesz?

AG: - Największy polski festiwal niezależny, który odbywał się przez cztery lata w Mysłowicach przeniósł się do Katowic. Powodem zmiany miejsca lokalizacji był brak wsparcia finansowego ze strony miasta Mysłowice. Ponadto na pierwszej edycji Off Festivalu pojawiło się grubo ponad 10 tysięcy osób, ale też ktoś o radykalnych gustach gwiazdy występujące tam z trudnością nazwałby niezależnymi, czy grającymi muzykę alternatywną. Wiesz - najczęściej ludzie o niskiej zdolności organizacyjnej i z wyraźnym brakiem empatii krytykują działania innych, nazywając je pod różnym szyldem walką o autentyczność środowisk subkulturowych. Niezrozumiałe jest dla mnie działanie ludzi, którzy pochylają się na przykład nad losem zwierząt, ale jednocześnie potrafią włożyć dużo energii i czasu w to, aby deprecjonować wartość i działania drugiego człowieka. Nie rozumiem też, dlaczego mielibyśmy nie wykorzystywać możliwości, które są dla nas dostępne. W imię czego i dla kogo mielibyśmy tego nie robić? Mieszkamy w tym mieście, płacimy podatki, płacimy czynsze, płacimy za paliwo, płacimy mandaty… Pieniądze, które dostajemy od miasta są naszymi pieniędzmi i nie mamy skrupułów po nie sięgać. Ja już dawno zauważyłem, że najwięksi forumowi krzykacze wcześniej czy później kończą za biurkiem z zaciśniętym krawatem albo w rynsztoku.

FŻ: -  Uważa się także, że Warhead to zwyczajny przerost ambicji nad możliwościami. Że zamiast robić wydarzenie, na jakie sobie możesz pozwolić (patrząc na lokalizację i związaną z nią frekwencję), to tobie przerośnięte ego każe robić imprezę masową, z budżetem niemożliwym do zwrócenia się z biletów. Co ty na to?

AG: - Hahaha! W Warhead nie ma przerostu ambicji nad możliwościami. Warhead powstało z marzenia, a marzenia trudno przyrównywać do ambicji. Ambicja jest w moim odczuciu czymś niezdrowym, nienaturalnym, nie wynikającym z wnętrza - natomiast marzenia są czymś, co zaświadcza o naszym człowieczeństwie i zawsze kojarzą mi się z czymś pozytywnym. Co do lokalizacji - uważam, że Ustka jest jak najbardziej odpowiednim miejscem na tego typu imprezę w czasie wakacji, zdecydowanie lepszym od dużego miasta w centrum Polski. Co do frekwencji, moje „przerośnięte ego” (śmiech) każe mi robić imprezę masową, ponieważ taki wymóg postawił przed organizatorami miejscowy Komendant Policji i tego, niestety, nie przeskoczymy. Z drugiej zaś strony cieszę się z tego wyzwania, bo będziemy organizować imprezę, z której zdobyte doświadczenia z pewnością zaowocują w kolejnych latach. Warhead to nie koncercik, gdzie za scenę służy przyczepa od traktora, za nagłośnienie służą głośniki pożyczone od kolegi, a widownia to kilkudziesięciu najbliższych przyjaciół. W latach 80. i 90. robiłem podobne gigi w miejskim MDK i z szacunkiem odnoszę się do takich inicjatyw, jednak mam naturę człowieka lubiącego sobie podnosić poprzeczkę i naturalną koleją rzeczy jest rozwój w kierunku, aby dać ludziom produkt maksymalnie dobry jakościowo. Prosty przykład - co roku robimy festiwalowe koszulki o gramaturze 205g/m2, aby kupujący mieli je na lata. Oczywiście moglibyśmy zrobić ich dwa razy tyle za taką samą sumę pieniędzy i sprzedać je po tej samej cenie, ale po trzech praniach rozleciałyby się one niczym nic nie warta szmata. Szanujemy ludzi i ciężko zarobione przez nich pieniądze. Jest jeszcze druga strona - artyści. Muzycy grający punk rocka czy pochodne tego gatunku mają możliwość zagrania na przyzwoitej scenie w przyzwoitych warunkach i mają do tego prawo, jak każdy inny artysta. Jestem w stanie zrozumieć głosy krytyki, ale nie rozumiem języka zawiści, zjadliwości i rycia niczym krety pod działaniami innych. Przykro było patrzeć, jak bohaterzy z piaskownicy pastwią się nad Jackiem Żędzianem i jego festiwalem „Rock Na Bagnie”, któremu nie udało się w tym roku pozyskać unijnej dotacji. Ludzie nie zdają, albo nie chcą sobie zdawać sprawy, ile wysiłku kosztuje zrobienie takiej imprezy. Nie można porównywać balangi w klubie z nagłośnieniem i sraczem w środku do robienia imprezy masowej na wolnym powietrzu i całą logistyką towarzyszącą takim przedsięwzięciom. Ktoś, kto usiłuje to robić jest po prostu idiotą. Robienie imprezy klubowej z robieniem czegoś pokroju Warhead, czy Rock Na Bagnie ma się tak jak jeżdżenie małym fiatem do latania odrzutowcem. Kiedyś brałem sobie do serca głosy z różnych for, teraz po prostu już tam nie zaglądam i mam w dupie żółć, którą tam tryskają. Zastanawia mnie tylko, że na przykład organizatorzy niemieckiego festiwalu Force Attack pod Rostockiem pozyskują pieniądze z różnych źródeł - od Unii, od miasta i od sponsorów. Nikt im tego nie wytyka, a jedynie chwali się ich zdolności organizacyjne - u nas to nie do pomyślenia. Mentalnie jesteśmy w dupie i jest jeszcze wielu takich, których nic tak nie rajcuje, jak czyjeś potknięcie, czy upadek.

FŻ: - Czy napotykasz jakieś trudności w związku z organizacją imprezy? Czy ktoś ci pomaga przy jej organizacji, a może ktoś przeszkadza?

AG: - W roku 2008 mieliśmy kilka drobnych incydentów, jednak od momentu, gdy został wprowadzony płatny wstęp odsiało się ziarno od plew. O ludziach, którzy płacą wiadomo, że przychodzą posłuchać muzyki, a nie szukać wrażeń. W 2009 i 2010 roku impreza przebiegła niesłychanie spokojnie, bez żadnych incydentów, praktycznie nie mieliśmy ani jednej interwencji ze strony służb ochraniających. Mówię o tym, bo na spotkaniu organizacyjnym w usteckim ratuszu komendant miejscowej policji zarzucił, że generujemy dużo interwencji - słuchałem tego i miałem wrażenie, że zostaliśmy pomyleni z jakąś inną imprezą na usteckiej promenadzie albo z tym, co się dzieje co noc pod którąś z usteckich dyskotek. Wiesz - Ustka to małe miasteczko, z którego w ostatnim czasie wyjechało ponad dwa tysiące młodych ludzi. Ci, którzy tu pozostali chcą działać dla zabicia czasu i jednym z tych sposobów jest właśnie festiwal, który wspólnymi siłami staramy się w tym roku zrobić. Chciałbym w organizację wciągnąć różne miejskie instytucje, aby Festiwal Warhead stał się rozpoznawalnym usteckim produktem związanym nierozerwalnie z Ustką i z Ustką kojarzony. Liczę na pomoc Miejskiego Domu Kultury, niezawodną pomoc - jak co roku zresztą - zapowiedział dyrektor usteckiego OSiR-u, który ma nam udostępnić nieodpłatnie scenę, już w tej chwili wielką pomoc dostajemy ze strony Lokalnej Organizacji Turystycznej, która zajęła się zabezpieczeniem noclegów dla artystów. Wierzę, że ustczanie mogą zorganizować wydarzenie, które z czasem będzie przyciągać miłośników rock'n'rolla z najbardziej odległych zakątków Polski i może nie tylko Polski. Nie chcemy zamykać się w estetyce punk rocka, otwieramy się bardzo mocno w kierunku rockabilly, psychobilly, może w przyszłym roku uda się zorganizować wybory pin up girl, chcemy zapraszać artystów grających ska… Mamy bardzo dużo pomysłów. O tych, co przeszkadzają nie będę się wypowiadał.

FŻ: - Czego możemy się spodziewać na tegorocznym Warheadzie? Co zagra na pewno, a co jest jeszcze w fazie pertraktacji?

AG: - Co roku mamy ten sam problem. Praktycznie nigdy wcześniej nie mogłem się doprosić w Wydziale Promocji o uzgodnienie daty kolejnej edycji i zapraszanie zespołów na kolejny rok to była czysta improwizacja. Teraz już wiemy, że impreza w roku 2013 odbędzie się w dniach 26, 27 i 28 lipca i jest to już uzgodnione z burmistrzem i naczelnikiem promocji miasta. To daje nam niesamowite możliwości tak w doborze artystów, jak i pozyskiwania ewentualnych sponsorów. W tym roku z pewnością zobaczymy dwa zespoły z Budapesztu - są to The Silver Shine i The Hellfreaks, Czechów z Pilsner Oiquell, legendarnych The Vibrators z Londynu, w tej chwili rozmawiamy jeszcze z innymi zespołami z zagranicy, ale w tym momencie nie mogę jeszcze nic powiedzieć na ten temat. Z polskich kapel usłyszymy Radio Bagdad, Bulbulators, Doktora Hackenbusha, Born In The PRL, Qulturkę, Pils, DDT, Endless Desire, Eatherfall, The Baldheads, Larwy Polarne, Reakcję, Werwolf 77 i jeszcze trzy składy, od których oczekuję potwierdzenia. W tej chwili czekamy też na odpowiedź od agenta jeszcze jednego zespołu z Anglii, który postawił przed nami dość wysokie wymagania i jeśli uda nam się uzyskać kompromis, to możemy również ich się w Ustce spodziewać.

FŻ: - Miejmy nadzieję, że wszystko skończy się szczęśliwie i że nie będzie już narzekania, że ustecki festiwal jest tylko „rzekomo” punkowy… Powodzenia.

AG: - Hehehe, malkontentów ci u nas dostatek. Również życzę powodzenia i pozdrawiam wszystkich, którzy się do Ustki w tym roku wybierają. Holiday In The Sun!

Kurestwo

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Kurestwo
Źródło: MMPoznan.pl
Miałem już nie zabierać głosu w debacie o polskim nacjonalizmie, bo uznałem, że dwa teksty w zupełności wystarczą. Życie jednak wymusza czasem na nas reakcje.

Około 30 nazi-skinheadów napadło wczoraj na poznański skłot Rozbrat. Odbywał się tam festiwal połączony z warsztatami dla dzieci. Nie przeszkodziło to „patriotom” w bandyckim napadzie połączonym z rzucaniem kamieniami i racami. A na skłocie było tak: http://www.rozbrat.org/images/phocagallery/festiwal-diy-nap/thumbs/phoca_thumb_l_dsc_0084.jpg i tak: http://www.rozbrat.org/images/phocagallery/festiwal-diy-nap/thumbs/phoca_thumb_l_dsc_0109.jpg

Wielkopolscy Patrioci, ONR Brygada Wielkopolska i Autonomiczni Nacjonaliści zaatakowali rodziców z dziećmi. Brak słów, by opisać to kurestwo, bo inaczej nie jestem tego w stanie określić. Ci, którzy mnie znają osobiście, wiedzą, że nie po drodze mi ideowo z Rozbratem. Ale w takim wypadku nie widzę innej opcji, jak tylko solidaryzować się z nimi.

Wśród napastników rozpoznano właściciela popularnego klubu „Brogans” oraz niejakiego Globusa, do niedawna widywanego w stolicy Wielkopolski w koszulce z Rudolfem Hessem. Warto nadmienić, że owa „patriotyczna” ekipa udała się na Puławskiego tuż po zakończeniu marszu czczącego pamięć rotmistrza Pileckiego, który za walkę ze zwolennikami podobnych idei oddał życie. Dziś pewnie przewraca się w grobie, patrząc na poznańskich pogrobowców nazistów w Polsce. Pod płaszczykiem wielkich haseł o naszym kraju zaatakowano obywateli Polski, których jedyną przewiną było to, że byli w złym miejscu o złym czasie. Jakie to typowe...

W niedawnej pierwszomajowej manifestacji Autonomicznych Nacjonalistów w Warszawie pojawił się kolejny pacjent w bluzie Blood & Honour (międzynarodowej faszystowskiej organizacji) - zdjęcie poniżej.

Kurestwo

Spróbujcie mnie przekonać, że nacjonaliści to spoko typy. Nie łykam tego już. Szanuję zdrowy patriotyzm, chorym nacjonalizmem pogardzam. Jak widać, nie bez powodu.

Euro spoko?

Autor/Dodał: Justyna Kotowiecka

Euro spoko?
Jadąc trasą katowicką nie jest wcale tak trudno odejść od zdrowych zmysłów. Ba, nawet nie trzeba się wysilać, by zgubić dobry humor i wprowadzić się w stan ogólnego rozdrażnienia. To jest jak epidemia nie do opanowania, która szybko udziela się pozostałym podróżującym na przestrzeni 90 kilometrów.

Las Vegas i Adamek co chwila ukazujący się na plakatach przypomina mi o tym mieście grzechu i rozpusty. Co jednak nazwa zapomnianego przez Boga miejsca ma u licha wspólnego z napojem energetycznym? Eksplozja - to dobra nazwa na płyn podnoszący ciśnienie, niemniej ani na trasie z Warszawy do Katowic, ani w Vegas go nie potrzebujemy. Oba te miejsca maja coś wybuchowo wspólnego - kobiety skąpo ubrane w czarną mini z biustem na wierzchu rozładowują wspaniale napięcie bądź przyprawiają o szybsze serca bicie potrzebujących i spragnionych. Natomiast czy stoją pod palmą, brzozą czy latarnią to juz nie ma znaczenia, tyle że... pod każdym z tych miejsc klient jest inny. 

Nasi w sumie są na pozycji wygranej. Jadąc dalej trasą A2, której na mapie nie ma wcale, gdy adrenalina opadnie, a nuż usłyszą głos sumienia i zbaczając z drogi zajadą na Jasną Górę? Może Matce Jasnogórskiej należy złożyć swoje intencje, skoro naród ogłupiać się tak daje? Ja również pokłonić się nisko muszę i cierpliwie o rozum prosić, by zrozumieć to, czego pojąć nie mogę lub by się znalazł na mojej drodze człowiek, który wyjaśnić mi chociaż zechce, dlaczego przebój na Euro zaśpiewa Jarzębina? Nie mam nic przeciwko treści, ale czy tak wyglądają polskie kobiety? A Qumple? „Ja jestem Polakiem, moje serce ma piłki kształt - polski narodzie pokazałeś nie głosując bądź na żarty SMS wysyłając, ile jesteś wart”... Na koniec tylko dodam, że futbol to męska sprawa i fajnie, gdyby to niski głos zamiast zawodzenia babskiego do gry zagrzewał. „Entliczek pętliczek, co zrobi Piechniczek tego nie wie nikt”... Panie Bogdanie, w 1982 cała Polska śpiewała o uliczce w Barcelonie, dziś  koko koko... I nie wierzę, że będzie słychać na stadionie: brawo Polonia, ole!

Koko koko Euro spoko
Piłka leci hen wysoko
Przy dopingu jaki mamy
Nic dziwnego, że przegramy

Cieszy się Europa
Cieszy Ukraina
Cieszy Polska cała
Bo se hit wybrała

Rząd radości swej nie kryje
Igrzyskami zatkał ryje
Zatem nikt nie draży
Co Polskę pogrąży

Koko koko Euro klapa
TV ma nas za wariata,
Prostym ludem łatwiej rządzić
Bo się nikt nie będzie mądrzyć

Teraz wszyscy zaśpiewajmy
I rączkami pomachajmy
Że pracując tak wytrwale
Emerytury nie będzie wcale

Koko koko rząd jest spoko
W szkole luzik, jest Maroko
Bo  historii kuć nie trzeba
Za wiedzę nie kupisz chleba
Czytać również nie musimy
Bo plazmę sobie włączymy
A na dziurze gdzieś krajowej rozwalimy sobie głowę

W gigant korku poczekamy
Na ten raj nam obiecany
Lecz dlaczego pod jarzębiną
Łzy mi po policzku płyną?

Koko koko Euro spoko
Wiek burzliwy już za nami
Wstyd nam teraz przed przodkami
Że se sami w gniazdo sramy!

Między FL a PL (7)

Autor/Dodał: Justyna Kotowiecka

Między FL a PL (7)
Oczy szeroko otwarte, wargi lekko uchylone w niemym grymasie. Zosia patrzy przerażona na Mario, szukając wytłumaczenia. On zaś schował twarz w ręce i ukradkiem ociera łzy.

Margi przerwała tę miażdżącą ciszę. Wpadła do pralni trzaskając drzwiami, podbiegła do męża, kleknęła przed nim i zaczęła głośno płakać. Lekarz, który przyjaźnił się z nimi od lat podszedł do przerażonej Zosi. Wiedział, że dziewczyna ma jeszcze problemy z angielskim i nie wiedząc jak najprościej wytłumaczyć jej to, czego sam jeszcze nie rozumiał po prostu otoczył ją ramieniem i przytulił mocno.
- Zosia, idź do domu. Nikt dziś już nie będzie pracował. Włącz telewizor i nagrywaj co się da.
- Dobrze - wydukała przez łzy, bo serce jej pękało, gdy patrzyła na właścicieli. Strach i brak jakiegokolwiek rozeznania w sytuacji paraliżował ją. Margi  podniosła głowę, spojrzała na nią i szlochając rozżalona szepnęła:
- Módl się. Nasz syn pracuje na 26. piętrze. Zadzwonię do ciebie.

Ulica była pusta. Kilka radiowozów przemknęło na głośnym sygnale. Od razu włączyła telewizor, nastawiła nagrywanie i usiadła do komputera, aby dowiedzieć się z polskiej telewizji, co tak naprawdę się dzieje. Telefon. To na pewno Oskar.
- Jesteś w domu?
- Tak.
- To dobrze, nie ruszaj się i czekaj na nas. Jedziemy też do domu, ale bardzo powoli, co chwila jest jakaś blokada, sprawdzają samochody, szukają terrorystów. Jeszcze jest jeden samolot w powietrzu. Ponoć leci na Pentagon. Zadzwoń do rodziców póki telefony działają - nigdy nic nie wiadomo i powiedz, że na Florydzie jest bezpiecznie, że tu się nic nie dzieje... Uspokój ich.
- Ale powiedz mi, dlaczego tak się stało i kto to zrobił?
- Nie wiem, trudno teraz powiedzieć. Dzwoń.
Zosia nerwowo wybiera kierunkowy do Polski, do Poznania, potem do teściów i nic. Przypomniała sobie opowieści rodziców o stanie wojennym i braku kontaktu ze światem. Teraz ona zza oceanu nie może im powiedzieć, że jest cała i zdrowa. To doprowadziło ją do prawdziwej histerii. Wyobraziła sobie mamę stojącą przy telefonie i nerwowo stąpającą z nogi na nogę w oczekiwaniu na głos córki.
- Zawalił się ten budynek! Nie mogę się nigdzie dodzwonić, to jakiś koszmar! Nienawidzę tego miejsca, tego kraju... - Zosia krzyczała na Oskara.
- Co? Niemożliwe! Nagrywasz?
- Tak, tak...

Zosia wybuchła płaczem. Krzyk ludzi, panika, kurz... Dziennikarze mówiący szybko niezrozumiałe słowa, które powoli nabierały logicznego wydźwięku. Zosia raptem zaczęła wyłapywać wyrazy, które układały się w zdania. Wojna? Na pewno będzie, jeszcze nie teraz, ale to nieuniknione. Ameryka zapomina, ale nie wybacza, a tego ataku terrorystycznego nie wyrzuci z pamięci i wykorzysta, gdy tylko nadarzy się okazja.

- Halo? Zośka?
- Cześć Julka. Przyjedziesz do mnie? Czy ty wiesz, co się dzieje? Co mówi dziadek? Daje wiarę? Czy coś podejrzewa? Jakieś domysły, kto za tym stoi? Czekam na Oskara, pracuje w Hotelu Braekers. Goście w szoku, wszystkie roboty wstrzymane, każdy jedzie do domu.
Zośka zasypała pytaniami koleżankę.
- Niestety, nie ruszę się z domu. Doktor Liva zapatrzony w telewizor, nie ma kontaktu z synem.
- Jak to? Przecież on nie pracuje w WTC.
- Nie, ale nie dojechał jeszcze do pracy, nie odbiera telefonu. Wiesz, że lekarze są nieobliczalni, może pojechał w samo centrum wydarzeń, aby ratować ludzi?
- Możliwe, uspokój dziadka, bo dla niego stres nie jest wskazany. Nie mogę uwierzyć w to co się stało! Mam wrażenie, że to jakiś koszmarny sen, z którego się zaraz obudzimy. Wiesz, że ja na początku myślałam, że to reklama jakiegoś nowego i topowego filmu?
- Dokładnie, tylko że cały świat go śni, więc musi być prawdziwy. I uwierz mi, że to nie film. To się dzieje naprawdę.
- Patrz! Julka! Drugi budynek się zawalił!
- Widzę, Zośka zadzwonię do ciebie później, muszę dać mamie znać, że jesteśmy tu cali i zdrowi.
- Może będziesz miała szczęście, ja nie mogę się nigdzie dodzwonić. Gdyby się tobie udało, poproś mamę, aby zadzwoniła do Poznania, pa...

Cisza w słuchawce. Zosia jeszcze siedzi nieruchomo. Wpatrzona w ekran szuka jakiegoś znaku, że to jest tylko makieta, że to głupi żart, jakieś ćwiczenia wojskowe... Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Jeśli Bóg istnieje, nie pozwoliłby na to. Nie ma wytłumaczenia takiej tragedii. Nie można opisać tego ani znaleźć logicznego wyjaśnienia, nie można przejść obojętnie obok ofiar. Ciała syna Margi i Mario nigdy nie odnaleziono. Margi postawiła zdjęcie na ladzie w pralni opasane czarną wstążką, na której wyhaftowała: „Niech Bóg ma go w opiece”. Zginął tragicznie w zamachu na USA. Ameryka się nie poddaje... America we stand up... Na każdym samochodzie pojawiły się naklejki, proporczyki i flagi... Na aucie Zosi też, obok flagi polskiej znalazł się napis „God bless USA”. Zosia nie widziała więcej Margi płaczącej. To była silna kobieta. Amerykanka, która straciła syna podczas zamachu terrorystycznego w New York. Była dumna, że jej syn poświęcił życie, wierzyła, że nie na darmo.

Cdn.

Czarno-biała biegunowość

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Czarno-biała biegunowość
Wziąłem udział w „Kolorowej Niepodległej”, bo myślałem, że będzie demonstracją solidarności z gejami, lesbijkami, wszelkimi innowiercami, ludźmi o innym kolorze skóry. Odważną mobilizacją przed budzącymi się siłami neofaszyzmu. Uczestnictwa w samej akcji nie żałuję i choć manifestacja była naprawdę w porządku, cały jej kontekst został użyty dla rozdrażnienia ludzi z drugiej strony, po której poglądy skrajnie nacjonalistyczne - jak sądzę - tworzą zdecydowaną mniejszość.

Tymon Tymański, kompozytor, poeta i prozaik  

1 maja, niegdyś święto ogólnopaństwowe i obowiązkowe, dziś na ulice wyciąga jedynie ugrupowania skrajne i niszowe. W stolicy oprócz SLD i OPZZ manifestowali również anarchiści i nacjonaliści. Jak któryś z obserwatorów celnie zauważył - oba ruchy nie mają w sobie nic atrakcyjnego dla przeciętnego obywatela RP. 

Dzisiejsi anarchiści nieco różnią się od tych, których pamiętam z lat 90. Bardzo antytotalitarnych, jednakowo antyfaszystowskich jak i antykomunistycznych. W największym polskim magazynie anarchistycznym Mać Pariadka (dostępnym w EMPiK-ach) potrafił się w 1995 roku ukazać tekst Davida Ramsaya Steele'a (notabene przedrukowany w narodowo-konserwatywnym Rojaliście - Pro Patria) stawiający kwestie wolnościowe na ostrzu noża:
Dlaczego powinniśmy pozwolić ludziom, o których wiemy, że są w błędzie, na głoszenie ich poglądów? Przyczyn jest wiele, ale być może najważniejszą jest ta, która w streszczeniu brzmi następująco: jeśli zbudujemy machinę do zakazywania czyichś poglądów, nie możemy zagwarantować, że ta straszna siła zawsze będzie używana w sposób, w jaki chcemy. Bolszewicy z Ligi Antynazistowskiej domagają się, aby państwo zakazało działalności Frontu Narodowego. Niewielka zmiana w politycznym klimacie i prawa, które pomogą oni być może ustanowić, zostaną użyte do zakazania bolszewizmu. Wiele feministek jest za tym, by pornografię stłumić przemocą. Niewielka zmiana w modzie intelektualnej i środki popierane teraz przez niektóre feministki mogą być użyte do zakazania feminizmu.
Dziś anarchiści miast - jak to drzewiej bywało - dyskutować z przeciwnikami politycznymi, wolą rozwiązania bezkompromisowe (podobnie jak i ich antagoniści). Wraz ze zmniejszeniem w społeczeństwie popularności pewnych ideologii, grupy je wyznające radykalizują się. Jest to coś, czego nigdy nie zaakceptuje przysłowiowy szary Kowalski. Na przykład tego, że anarchiści nie szanują symboli narodowych (a przecież to wynika z definicji idei i nie robi to z nikogo automatycznie wroga narodu) albo tego, że nacjonaliści żądają tych symboli poszanowania (ale czasami bardzo wybiórczo, płonąca flaga Izraela poniekąd im nie przeszkadza). 

Narodowa demonstracja zebrała swoich fanów pod sztandarami Autonomicznych Nacjonalistów, choć grup w niej uczestniczących było wiele. Można na niej było również ujrzeć sporą liczbę owych „mitycznych łysogłowych”, którzy okazują się być dość sporym procentem reprezentacji takich pikiet, bywają również agresywni. Ciekawi natomiast podejście organizatorów manifestacji do Eugeniusza Sendeckiego, twórcy internetowej Telewizji Narodowej, bo jak sami piszą na swoim portalu: „AN jest więc platformą łączącą wszystkich polskich nacjonalistów pragnących zaangażować się w nieustającą pracę na rzecz sprawy narodowej”. Tu sprawy miały się zgoła inaczej (co ilustruje poniższy filmik). 

Reasumując: wolność jest wartością absolutną i jako taka wymaga od nas poszanowania istnienia obu powyżej przywołanych opcji światopoglądowych. Tak i oni muszą zrozumieć, że nie każdemu może podobać się idea squattingu czy pomysł homogenicznej populacji kraju. Przede wszystkim jednak - proponowałbym mniej odwoływania się wszystkich do nienawiści. Niewiele to zmienia (a wręcz odpycha) w podejściu obywateli do podobnych rzeczy, a nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Za to chwilowe i niewątpliwie trudne pojednanie wobec sprawy ACTA pokazało prawdziwą siłę Polaków. Niebezpieczną dla rządu, który woli dzielić...



Opowieść powielkanocna

Autor/Dodał: Maja Paszkowska

Opowieść powielkanocna

Rok 1983, wieczór wtorkowy, powielkanocny. Renata M., lat 60, popularnie zwana Babcią stała w pokoju dziecięcym wymachując aluminiowym Jezusem w huculskiej koszuli. Jezusem oplastrowanym w miejscach oczywistych.

- Co to jest?! Lakoniczne to pytanie wprawiło mnie i Micha w lekką konsternację. - Pan Jezus - wyrzęził Michu zgodnie z prawdą. - On w szpitalu w piżamie jest - skwapliwie pospieszyłam wyjaśnić. - Trochę się dzisiaj sami baliśmy i nie mogliśmy spać i pomyśleliśmy... (dramatyczny kaszel). Tego typu żałosne socjotechniki na Renatę M. nie działały. Wystarczyło spojrzeć. To po niemieckich zającach... (piękne czekoladowe zające płci obojga przybyłe dzisiaj w żółtej paczce prosto z Erefenu tkwiły w drugiej ręce Babci, patrząc na nas z mieszaniną wyrzutu i politowania). Na parapecie jako poszlaka leżały zmasakrowane babcine cążki do manicure.

A wszystko dlatego, że dostąpiliśmy niebywałego zaszczytu - jako ofiary staropolskiej tradycji Lanego Poniedziałku zostaliśmy w domu sami na całe sześć godzin. Jak tylko zamknęły się drzwi, zaczęliśmy wymyślać rozrywki na popołudnie. Do dyspozycji mieliśmy: żołnierzy Armii Czerwonej wraz z czołgiem, armię Napoleona i kilku Indian, dwie lalki białe, jedną lalkę czarną, norweskiego trolla, wóz strażacki i mini odkurzacz. No i dwa pistolety na cukierki od węgierskiego narzeczonego cioci Lidki. W początkowej fazie cukierkowa strzelanina przebiegała standardowo, aż dostał Jezus, wiszący nad łóżkiem Babci. Standardowy komentarz Micha w podobnych sytuacjach: „Gdzie strzelasz głupia babo” (początek zdania różnił się w zależności od sytuacji). W sumie powinnam się obrazić, ale wtedy właśnie wymyśliłam: uratujemy Jezusa.

No i uratowaliśmy, detale historyczne ograniczając do rzeźby terenu, czyli Góry Golgoty z kołdry. Żołnierzy Napoleona nigdy nie lubiliśmy, bo mieli głupie czapki i chodzili w rajstopach, tak więc to im przypadła rola złych Rzymian. Najpierw uderzyliśmy z ruskiego czołgu i węgierskich pistolecików, żeby zasiać odpowiedni popłoch. W tym czasie Indianie z trollem na czele, osłaniani przez Armię Czerwoną, przedostali się do krzyża intensywnie strzelając, uwolnili Jezusa i przewieźli strażą pożarną do szpitala polowego. Odkurzacz po prostu posprzątał. Straty po naszej stronie: babcine cążki nie wytrzymały operacji rozkrzyżowania. Straty po ich stronie: całkowite, przy czym Napoleon utknął w rurze od odkurzacza (i dobrze). Uratowany Jezus został fachowo oplastrowany i dla przyzwoitości wystrojony w górną część miniaturowej wersji stroju huculskiego. Pacjenta można już było zapakować do łóżka (duże pudełko po zapałkach wypełnione watą). Niestety z przyczyn oczywistych ciągle wystawały ręce, co robiło dość groteskowe wrażenie. Trudno darmo, wyeksmitowaliśmy Puszatka z jego burżujskiego przedwojennego łóżeczka. Pękaliśmy z dumy.

- I co teraz? Przecież nie przybijemy z powrotem - wygulgotał Michu. Babcia miała dość enigmatyczny wyraz twarzy. - Jak poczujecie się lepiej, weźmiecie swoje pieniądze, kupicie nowe cążki i krzyżyk. Może być bez Jezusa - dodała litościwie.

A zające dostaliśmy...

Ko-media

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Ko-media
Na media narzeka się powszechnie. Jednocześnie, z nie mniejszym zapałem, śledzi się publikatory i czerpie z nich pełnymi garściami. Jak to jest zatem w końcu: kłamią czy nie kłamią?

Sprawa jest skomplikowana o tyle, że zasadniczo każdy środek społecznego przekazu ma obraną jakąś linię programową, ma swoją opcję światopoglądową (nawet jak obwieszcza, że jest wprost przeciwnie). Czasem zależy to od wydawcy, czasem od naczelnego, a czasem - od ludzi zasilających finansowo czwartą władzę.

Profile Gazety Wyborczej czy też Gazety Polskiej są dość mocno zarysowane i stąd - czasem przerysowane teksty promujące konkretne postawy czy negujące im przeciwne. Trzeba jednak przyznać, że są redaktorzy potrafiący wznieść się ponad podziały i traktować sprawy obiektywnie (czyli tak jak dziennikarz postępować powinien, choć od tego etosu odeszliśmy niestety już dawno). Przykładowo: Grzegorz Sroczyński przeprosił Wojciecha Cejrowskiego (u którego niezbyt podoba mi się styl wyrażania opinii, ale na pewno cenię go za publicystykę podróżniczą) za żart z „kombatanctwa” autora WC Kwadransu. Czy też chętnie czytany przeze mnie Robert Mazurek, który pomimo oczywistych sympatii politycznych nie bał się stwierdzić, że niezależnie od krytycznego stosunku do władz, nie może zaakceptować zachowań działaczy PiS oraz ich zwolenników na Krakowskim Przedmieściu.

Nie każdego jednak stać na takie słowa czy też rzetelne opisy realiów. Zastanówmy się jednak czy jest to spowodowane - jak wielu recenzentów z rozmaitych stron krajowych konfliktów by chciało - li tylko zaślepieniem ideowym, propagandowym uniesieniem, chęcią manipulacji i oszukania bliźnich? Śmiem wątpić. Najczęstszą przyczyną nie wychylania pióra poza zgodnie skrzypiący po papierze szereg kolegów z redakcji jest… zwykły lęk przed utratą stanowiska. Tym bardziej, że praca to wcale niezbyt popłatna. Warto posłuchać czasem słów pracowników z polskich telewizji, którzy korzystając z anonimowości opowiadają o sieci układów wiążących wszystkich w firmach, chorobliwych animozjach wśród ekranowych gwiazd lub podjazdach zwalczających się frakcji. Panuje prosta zasada: pisz i mów przed kamerą to, co ci każą i chcą zobaczyć/usłyszeć, a będzie ci dane. Przede wszystkim siano, jak to potulnym barankom. No i spokój żywota.

Na fali zmiatającej wszystko co wartościowe popularności dwuwymiarowych celebrytów, pojawiła się też nieznana wcześniej w Polsce szkoła dziennikarstwa. Sztandarowym przykładem tego popgówna sączonego w czaszki szarych zjadaczy plazm i tabletów, jest ostatni pomysł naczelnej Gali. Iza Bartosz napisała w ultrakrótkim czasie książeczkę o matce-bohaterce słynnej afery ze śmiercią małej Madzi i bez żenady suponuje w swoich prasowych wypowiedziach, że nie chodzi tu wcale o chęć zdobycia popularności medialnej, tylko o pomoc setkom podobnych do Katarzyny W. dziewcząt. Te same szlachetne intencje ma zapewne nasz samorodny talent, detektyw-prymityw Rutkowski, który ma plan zostać producentem wykonawczym filmu Napiętnowani, którego będzie (oprócz rodziców nieszczęsnego niemowlęcia) jednym z głównych bohaterów. „Tajemnicza śmierć dziecka, sfingowane porwanie, spacer po parku z pustym wózkiem, ukrywanie zwłok dziecka w ruinach i nagłe zwroty akcji” to przybliżona fabuła „hitu”.

Ciekawe, czy w puste wózki potrafią puknąć się czasem pani Iza i pan Krzysztof?

Nie chce mi się nawet rzygać

Autor/Dodał: Piotr Łabiszewski

Nie chce mi się nawet rzygać
Lech Wałęsa straszy, że dziadki z PiS-u zaczną gwałcić i mordować. W necie już prorządowcy powoli zaczynają napominać o możliwości zamachu terrorystycznego, mimo że prawie nie mamy islamistów. Pewnie szukają pretekstu do nowego stanu wojennego, bo cała reszta ohydy komuny niestety jest już znów na piedestale. 

Tak drodzy Państwo, Okrągły Stół to nie kontrrewolucja, to reforma komuny. Wszystko, czego tknie się państwo (jakiekolwiek) to zaraz spieprzy. Edukacja - leży, opieka medyczna - leży i kwiczy, system emerytalny - leży i zdycha. Pragnę podkreślić również fakt, że jesteśmy krajem „pustej taczki”, to znaczy: pracujemy najdłużej w całej Europie, ale najmniej wydajnie. W razie, gdyby ktoś nie wiązał ze sobą obu faktów, powiem wprost: drodzy pracodawcy - jesteście debilami do potęgi, jeśli myślicie, że chłop zapierdalał będzie 12 godzin na dobę cały czas i będzie wydajny! Człowiek jest wydajny, gdy pracuje osiem godzin na dzień, bo potrzebuje po pracy: zjeść, odpocząć, pobyć z rodziną i przyjaciółmi. Nie jesteśmy kurwa niewolnikami, żeby zostawać w waszych jebanych firmach na nadgodziny, a jeśli nie mamy wyboru i musimy, to staramy się nie pracować, żeby mieć siły na życie po pracy. 

Pracowałem w firmach, gdzie płacono „na akord”. Robota szła jak burza i nawet przysłowiowy „pan Henio” zamiast pić latał jak głupi i trzepał „metry”. Wyjściem z - powiedzmy sobie szczerze - gównianej sytuacji jest deregulacja zawodów wszelakich (pomińmy tylko lekarzy), bo gdy na rynku pojawi się konkurencja, brak fachowców siłą rzeczy wymusi lepsze płace. Powiem to jeszcze raz: jeżeli ktoś myśli, że pracownik w 12 godzin zrobi więcej niż w osiem, to jest: tępakiem, debilem i komuchem. Boże, chroń Polskę.

Romskey: Utopia

Autor/Dodał: Romskey

Romskey: Utopia

W Polsce, na ogół, cel agresji (także werbalnej) determinuje społeczną ocenę, a nie sama agresja. Gdy biją naszych, to biją źli, gdy biją „cudzych”, to biją dobrzy. Tak już jest i w oderwaniu od tego schematu trudno wyrazić opinię mającą rzeczywistą wartość.

Niewielu Polaków zadaje sobie trud rozważenia tego czy agresja jest jedyną formą kreacji przekonań. Kiedy po uszkodzeniu elektrowni atomowej w Fukushimie lokalna Yakuza zaoferowała pomoc w naprawianiu zniszczeń i organizowaniu ewakuacji, kolejny raz odżył patos samurajskiej legendy tej przestępczej organizacji. W Polsce niestety zarówno radykalna lewica jak i prawica nie angażują się w akcje mogące poprawić ich wizerunek, dlatego też powszechna o nich opinia jest raczej zła i raczej poszlakowa. Działacze czują się znacznie lepiej na ulicy, w podziemnych drukarniach lub pod pomnikami swoich bohaterów niż w podejmowaniu wyzwań mogących zburzyć wiele mitów, wesprzeć realizację wyznawanych przez nich idei lub przynajmniej pomóc w ich wyeksponowaniu.

To co przedostaje się do publicznego obiegu opinii nadaje się bardziej do kronik policyjnych niż analizy politycznej. O ile nadarzy się okazja zgłębienia wyznawanych filozofii na przykład w internecie, już pierwsze akapity jako pozbawione racjonalnych podstaw zbitki propagandowych sloganów potrafią wystarczająco zniechęcić do eksploracji części pozostałych. Nacjonalizm? Komunizm? W realiach międzynarodowych powiązań i oddziaływań finansowych, komunikacyjnych i wielu innych - te pojęcia brzmią jak opowieści Tolkiena. Oczywiście wierzyć w zagrożenia nam wolno, tak jak w czarne koty czy prawdę smoleńską.

Problemem jest to, że system nie jest w stanie zagospodarować bytu milionów młodych ludzi, którzy chcą gdzieś zaistnieć, uczestniczyć w czymś, nie być obojętnymi, wykluczonymi. O przystąpieniu do danych grup decydują jak najbardziej przyziemne argumenty. Charakter, przekonania wyniesione z domu lub podwórka, ciekawe i imponujące towarzystwo, poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia, swoboda wyrażania myśli, nierzadko gusta muzyczne lub sportowe. Granica pomiędzy subkulturą a ruchem politycznym jest dość płynna, dlatego też nie jest proste ustalenie tego czy rozmowa o nacjonalizmie dotyczyć powinna tych, którzy uważają się za nacjonalistów, tych którzy za nacjonalistów zostali uznani (zwykle przez swoich przeciwników) czy o nacjonalistach rozumiejących dogłębnie istotę zagadnienia. Podobny problem dotyczy anarchistów.

Ludzkość nie ma dziś problemów z wymianą opinii. Adolf Hitler w erze Facebooka prawdopodobnie nie byłby w stanie zorganizować wokół siebie dwudziestki zwolenników i nie dlatego, że świat opanowali masoni lub anarchiści. Nacjonalizm był potrzebny w procesie tworzenia państw narodowych sto lat temu. Dziś jest formą spędzania wolnego czasu i o ile nie wykracza poza ramy wyznaczone przez prawo zasługuje moim zdaniem na taką samą tolerancję jaką powinniśmy obdarzać kolorowe parady - choć z oczywistych względów dyskusja o nim i z jego przedstawicielami może bywać zajmująca. Współcześnie stawianie ludzi przed dylematem „zabić geja” lub „spać z gejem” nie rokuje na wzrost zainteresowania postulatami zarówno radykalnej lewicy jak i prawicy. Obawiam się jedynie narzędziowego wykorzystywania zarówno jednych jak i drugich przez znajdujące się u władzy ekipy polityczne, w imię założeń opisanych w pierwszym akapicie. Wzrost niezadowolenia z panującego systemu może wirtualnie powiększać szeregi aktywistów prawej czy lewej strony, jednak na zgodność ewentualnych politycznych efektów z ideowymi założeniami nie postawiłbym złotówki.

Autor jest twórcą bloga Romskey's Blog. Tekst stanowi kolejną odsłonę toczonej na łamach Neteora debaty o rodzimym nacjonalizmie.

Ideologia czy psychoza?

Autor/Dodał: Michał Jóźwiak

Ideologia czy psychoza?

Co kierowało i nadal kieruje norweskim terrorystą? Czy jest to zamiłowanie do skrajnie nacjonalistycznej ideologii, w imię której jest w stanie zabić dziesiątki ludzi? Czy może jesteśmy wszyscy świadkami procesu osoby poważnie chorej? Gdzie jest granica dzieląca fanatyzm i chorobę?

W ubiegłym roku, 22 lipca, Anders Breivik dokonał podwójnego ataku terrorystycznego. Jego pierwszym celem była siedziba premiera w centrum Oslo, drugim odbywający się obóz młodzieży na wyspie Utoya, niedaleko stolicy Norwegii. W obu zamachach zginęło 77 osób.

Początkowo u Breivika zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną, później wykazano jednak, że jest w pełni poczytalny, ma natomiast ultraprawicowe poglądy. W swoim manifeście napisał o konieczności rozprawienia się z wielokulturowością oraz deportacji muzułmanów. Powoływał się także na polskie ugrupowania polityczne, takie jak Prawo i Sprawiedliwość, Samoobronę RP i Ligę Polskich Rodzin.

Przed kilkoma dniami rozpoczął się jego proces. Podczas zeznań stwierdził, że żałuje, iż nie udało mu się zabić jeszcze większej liczby osób. Tych, których pozbawił życia nazwał „politycznymi aktywistami” i porównał do Hitlerjugend.

Norweski terrorysta jest znakomitym przykładem na to, jak niebezpieczny jest fanatyzm na jakimkolwiek tle. Linia dzieląca skrajne poglądy od psychozy bywa bardzo cienka. Prokuratura ma wątpliwości czy wnosić o zamknięcie mordercy w zakładzie psychiatrycznym, czy też domagać się osadzenia go w więzieniu.

Między FL a PL (6)

Autor/Dodał: Justyna Kotowiecka

Między FL a PL (6)

- Chodź już. Zabieraj swoje rzeczy i jedziemy. Długa droga przed nami.
- Jeszcze tylko pożegnam się z tymi obok.

Głośne stukanie do drzwi. Głucha cisza przerwana brzękiem toczonych po podłodze puszek Budweisera, które stanowiły swoisty biało-czerwony dywan.
- O rany!
Zosia złapała się za głowę, a Oskar uznał, że jej reakcja jest zanadto emocjonalna, bo ten widok jest przecież całkiem normalny i lekko ją szturchnął.

On był w Chicago kilka lat i denerwowała go ta wiecznie zdziwiona mina Zosi. Wszystko wydawało się jej inne i niemoralne, a przecież ci ludzie w większości pracowali jak woły, by utrzymać rodzinę w Polsce. Sami zaś nie zawsze dbali o siebie - w imię tych, co zostali w kraju. Tęsknotę zapijali. Poza tym oni spędzali ileś czasu w Chicago i wracali do Moniek czy innych Szaflar. Zupełnie inaczej żyją ci, co zdecydowali się pozostać na stałe.

Grzesiek szybko zrezygnował z dobudzania kumpli i wszyscy podążyli w kierunku samochodu. Droga powrotna minęła w miarę szybko, zwłaszcza że cała trójka dyskutowała wciąż o aspektach życia emigracji, chicagowskich małżeństwach i pikantnych, zasłyszanych tu i ówdzie historiach.

- No nie! Nie powiesz mi, że to jest normalne. Jeśli tak uważasz, to dlaczego sam sobie nie znalazłeś takiej „żony” i nie stworzyłeś chicagowskiego małżeństwa? - zaśmiała się Zosia.
- Bo ja nie chciałem, ale nie potępiam. On i ona. Oboje zostawili rodziny w Polsce. Razem na emigracji jest im łatwiej, razem wynajmują mieszkanie, chodzą do kościoła. Ona chodzi na zakupy dla siebie, on kupuje koszule dla siebie, a gdy wracają do Polski nigdy więcej się nie widzą. Dlaczego Ty się wciąż dziwisz?

Oskar trochę podirytowany i zmęczony już tą wycieczką cieszył się, że wraca na Florydę. Zdawał sobie sprawę, że Zosia nie odpuści i powróci znowu temat wyjazdu do Poznania. Tyle że dla niego domem była Floryda, Stany. Czuł się tutaj dobrze i nie chciał już tego zmieniać.

Ludkowie wyprowadzili się tydzień temu.

- Ewa, to trzeba było w ogóle tego nie sprzątać! Paranoja! - Zosia zdenerwowana wymachiwała rękoma. - Dobra idźcie już, ja sobie to dokończę.
Ewa Ludkowa nie spojrzawszy na nią zabrała ostatnie szpargały, zamknęła drzwi i tyle się widziały. Dywan odkurzony do połowy, bo do drugiej części pokoju ponoć nie wchodzili, lustro wytarte tylko dołem, bo wyżej wzrok ich nie sięgał i w kuchni tylko jeden palnik przetarty, bo na dwie osoby nie używa się więcej - i tak dalej... Cóż, co kraj, to obyczaj - pomyślała Zosia i zaraz przypomniała sobie o Marceli, z którą ostatnio spędza dużo czasu. Nie wszyscy Czesi są tacy sami.

Grzesiek cieszył się jak dziecko, skakał, wariował i nie mógł nadziwić pięknu.
- Przywieźliście mnie do raju! Tu jest zajebiście! Welcome to Florida! Wow...

Do domu dotarli przed wieczorem, zakupili kilka piw i od razu poszli na basen, który znajdował zaraz obok ich bloku. Otaczał go szereg palm, które zdobiły teren, ale nie dawały cienia i wysiedzieć tu za dnia to naprawdę sztuka.

Oskar wskoczył pierwszy do wody i widząc podniecenie przyjaciela oraz uśmiechniętą twarz Zosi odetchnął z ulgą. Może ona w końcu zrozumie lub chociaż polubi to miejsce? Jak można tak tęsknić za polskim syfem. Co prawda to dopiero siedem miesięcy poza krajem... Na pewno wszystko się ułoży, zwłaszcza że za tydzień Zosia miała rozpocząć nową pracę w pralni chemicznej. Sprzątanie z hukiem porzuciła już ponad miesiąc temu.

Pralnia znajduje się po przeciwnej stronie osiedla i prowadzi ją małżeństwo. Właściciel porusza się na wózku inwalidzkim i akurat potrzebuje pomocy, ponieważ żona zajęta jest otwieraniem nowego punktu. Zosia często widywała Mario z psem. Któregoś dnia smycz zaplątała się w koła wózka i mężczyzna nie mógł się ruszyć.
- Przepraszam, czy możesz mi pomóc?
- Oczywiście - odpowiedziała Zosia cała czerwona na buzi i to chyba w tej chwili bardziej ze wstydu niż z gorąca. Nadal nie lubiła, gdy ktoś ją zaczepiał, a angielski, choć dużo lepszy, to nadal na poziomie „Kali jeść Kali pić” i często nie rozumiała, co się do niej mówi.
- O, dziękuję. Nie bój się, Spark nie gryzie, weź smycz i przełóż przez ten otwór. Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Babcia mojej żony była z Polski. Z Lublina. Szukamy właśnie osoby do pracy, może znasz kogoś?
- A ja mogę spróbować? Chociaż na pół etatu?
- Jasne. Porozmawiam tylko z żoną i zadzwonię do ciebie.
- Tylko że mój angielski jest bardzo słaby, nie wiem czy się nadam - Zosia zaczęła się wycofywać. Nagle dotarło do niej, że może zbyt pochopnie się zdeklarowała.
- Angielski powiadasz... No tak, to duży problem, ale myślę, że sobie poradzimy.

I tak Zosia zaprzyjaźniła się z Mario i Margi, która Polki, ba - nawet Europejki w ogóle nie przypominała. Niemniej przyzwyczaiła się już do tego, że każdy, dosłownie każdy miał babcię, prababcię czy też prapradziadka z Polski. Jej praca polegała głównie na pomocy Mario jak i na wielogodzinnych rozmowach. Razem czytali książki, snuli rozważania o historii, a od czasu do czasu przyjęli kilka rzeczy do prania.

- Zrób głośniej! - Mario wrzasnął aż Zosia podskoczyła.
- Co?
- Zosia, głośniej telewizję!
- Co się dzieje?
Oboje spojrzeli w gorę, gdzie zamontowany był maleńki telewizorek. Mario często oglądał wiadomości, ale to przecież nie o tej godzinie. Zosia nie zapomniałaby o jego drzemce popołudniowej, kawie i przeglądzie wydarzeń.
- Nie wiem, nie wiem...
Mario trzymał się za głowę. Za ladą stał klient, znajomy lekarz, który codziennie przynosił koszule i fartuchy do prania. Zauważyli go dopiero, gdy wszedł do środka i usiadł z szeroko otwartymi ustami.

Zapanowała cisza. Miażdżąca i przeszywająca na wylot cisza.

Cdn.

Anathema jedzie w Polskę

Autor/Dodał: Katarzyna Renkiel

Anathema jedzie w Polskę

Fani zespołu Anathema mają powody do radości, bo grupa przyjeżdża na kilka koncertów do Polski.

Grupa zagra 21 kwietnia w krakowskim klubie Studio, a dzień później w poznańskim Eskulapie. Supportem będzie formacja Amplifier. Bilety do kupienia w cenie 110 zł. Początek obu koncertów o 20:00.

Amplifier to trio z Manchesteru grające muzykę z pogranicza rocka alternatywnego i progresywnego. Zadebiutowali w 2004 roku krążkiem zatytułowanym po prostu Amplifier. Dwa lata później wydali kolejny album Insider. Ich ostatnie wydawnictwo to The Octopus z 2010. Grupę tworzą: Sel Balamir (gitara i wokal), Neil Mahony (bas) i Matt Brobin (perkusja).

Anathema to angielska kapela powstała w 1990 roku w Liverpoolu. Początkowo grali muzykę w stylu death metal/doom metal i funkcjonowali pod nazwą Pagan Angel. Obecnie zaliczani są do nurtu art rocka oraz rocka atmosferycznego. Ich pierwsze demo An Iliad of Woes zostało wydane w 1990 roku. W 1991 grupa zmienia nazwę na Anathema, a następnie wydaje drugie demo All Faith is Lost, które zaowocowało kontraktem na cztery albumy z wytwórnią Peaceville Records. Po wydaniu EP-ki The Crestfallen, kapela rusza w trasę jako support Cannibal Corpse.

W maju 1995 następuje zmiana wokalisty. Ich płyta Judgement z 1999 roku była odwrotem od metalu, skupiając się na zwolnieniu brzmienia i eksperymentowaniu. Dzisiejsza Anathema ma wymowę atmosferyczną i progresywną. Łącznie grupa wydała dziewięć albumów studyjnych oraz cztery kompilacje. Na 16 kwietnia zapowiedziano nowy krążek Weather Systems. Obecny skład tworzą: Vincent Cavanagh (wokal, gitara), Daniel Cavanagh (gitara, wokal, klawisze), Jamie Cavanagh (bas), John Douglas (perkusja), Les Smith (klawisze) oraz Lee Douglas (kobiece wokale).

Nie sprzątać wybiórczo

Autor/Dodał: Tomasz Migdałek

Nie sprzątać wybiórczo

Polski ruch narodowy budzi emocje i gorące dyskusje, czemu trudno się dziwić. Krytyka rodzimych nacjonalistów jest oczywiście świętym prawem ich oponentów, ale powinna uwzględniać kwestie, które w polemicznym ferworze często zostają pominięte.

Potępianie „łysogłowych” za agresję jest zawsze w modzie. Przeniknęło nawet do treści popkulturowych, dzięki czemu masowa publiczność wie, co ma myśleć. Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby znaleźć świeży przykład. W ostatnim odcinku popularnego serialu Ojciec Mateusz pada sformułowanie o „łysych w glanach”, którzy szerzą w Sandomierzu pogardę dla obcokrajowców. Tyle wystarczy, by przeciętny konsument medialnej papki na widok skinheada poczuł niepokój. Nawet jeśli ów „skinhead” to pospolity osiedlowy dres - ogolony to w końcu ogolony.

W swoim dzisiejszym tekście Filip Żbikowski również sięga po wypróbowany oręż. Są przywołani już „łysogłowi”, pobrzmiewa też złowieszczy „stukot ciężkich paramilitarnych butów”. Zgodnie z tą prostą zależnością pomiędzy brakiem fryzury i solidnym obuwiem a brutalnymi zapędami, rozumują też inni. Stwierdzając chociażby, że długowłosy to „brudas” albo „szatan”. Oba podejścia z podobnej półki. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że argumenty Filipa są również merytoryczne - akty przemocy są godne napiętnowania, ale czy nie prowadzą one zbyt często do krzywdzących uogólnień?

Agresja rozkłada się w ideologicznie przeciwnych środowiskach dość równomiernie. Ledwie w minioną sobotę ulicami Katowic przeszedł rocznicowy marsz działaczy ONR. Manifestacja została w pewnym momencie zaatakowana przez aktywistów radykalnej lewicy. Jak poinformowała policja, znaleziono przy nich pałki, gaz, noże, a nawet broń palną. Lewacy byli też zaopatrzeni w mapę przemarszu z oznaczonymi punktami - zapewne nie były to punkty rozdawania napojów i kanapek. Rażące manipulacje ze strony medialnego mainstreamu to w takich sytuacjach norma. W kontrolowanej przez SLD Panoramie widzowie usłyszeli o bandzie faszystów, której chciały dać odpór lewicujące aniołki. Podobnie wyglądały sprawy w listopadzie ubiegłego roku. Czarno-czerwone bojówki uzbrojone przez Krytykę Polityczną atakowały przechodniów, a winni całego zła byli narodowcy i kibice.

Oczywiście - taki ping-pong można uprawiać w nieskończoność. Zawsze do jakiegoś nagannego zachowania jednych da się odnieść analogiczne działanie drugich. Dwie antagonistyczne grupy zwalczają się wzajemnie, a tworzący system establishment może bez przeszkód realizować własne cele. I nie łudźmy się - tak pozostanie. Chyba że któryś z ruchów - lewicowy lub narodowy - urośnie w siłę na tyle, że stworzy dla aktualnego systemu alternatywę. Wówczas rozpocznie się zupełnie inna walka, przy której uliczne „podjazdy” to niewinne ćwiczenia. To jednak też zdaje się być ułudą. Naprawdę ciężkie buciory noszą służby specjalne (nie tylko rodzime) i znajdą sposób, by zmiażdżyć każdą inicjatywę zagrażającą układowi. Ważne, aby jak najwięcej Polaków miało świadomość, że przy tym modelu kontrolowanej demokracji ignorancja i stereotyp to oręże w rękach wrogów wolności.

Tekst jest odpowiedzią na komentarz Filipa Żbikowskiego Wiosenne porządki. Stanowi zarazem część zainicjowanej debaty o polskim nacjonalizmie. Zapraszamy do dyskusji!

Wiosenne porządki

Autor/Dodał: Filip Żbikowski

Wiosenne porządki

Przemoc grup skrajnie prawicowych rośnie. Łysogłowi zaliczyli kolejny punkt w tym smutnym żniwie: w Białymstoku ofiara śmiertelna.

Stukot ciężkich paramilitarnych butów słychać jednak nie tylko tam. W Wągrowcu jeden z członków antyrasistowskiej organizacji Nigdy Więcej oraz grupy Załoga 62100 robiącej charytatywne koncerty rockowe dostał w wielkanocne święta SMS z bramki internetowej: „śmieć taki jak ty śmieciem pozostanie. śmierć takim.”. Jego kolega z punkowej kapeli Fucking Pomidors (również działacz Nigdy Więcej) mógł w tym czasie delektować się tajemniczymi wpisami na komunikatorze Gadu-Gadu: „najebać ci?”, „chcesz na solo?”. Za owymi pogróżkami stoi m.in. Rogozińska Sekcja Narodowców (przynajmniej tak sygnują swoje wlepki i plakaty). Ściany i słupy Rogoźna od dłuższego czasu pokryte są naklejkami NOP-u i - uwaga - zaraz obok Ku Klux Klanu.

Pierwszy ze wzmiankowanych przedstawicieli Nigdy Więcej został już opluty i pobity na ulicy. - Założona przez Jakuba komórka Nigdy Więcej od samego początku miała silne wsparcie Załogi 62100, w pewien sposób motywowaliśmy Kubę do zaangażowania się w działalność tego stowarzyszenia. Dla nas wartością jest ciężka praca u podstaw, która przynosi korzyści społeczności naszej „Małej Ojczyzny”, a przez to także naszemu narodowi - koncerty kapel z kręgu kultury niezależnej, turnieje sportowe dla dzieci i dorosłych, zbiórki charytatywne dla potrzebujących czy wspieranie inicjatyw służących lokalnej społeczności. To jest ten model patriotyzmu, który staramy się krzewić, przeciwstawiając go toporności organizacji postendeckich - komentuje Edgar Hein, jeden z założycieli wągrowieckiej grupy organizującej imprezy.

Piła, ten sam okres. Do dwójki ludzi rozwieszających plakaty zapowiadające koncert zespołów Armia i Qulturka (otwarcie sprzeciwiających się ksenofobii) podchodzi dwóch mężczyzn. Po ujrzeniu na posterach symbolu „Muzyka przeciwko rasizmowi” atakują nastolatków, w wyniku czego jeden z nich trafia na pogotowie.

Białystok. Tu sytuacja od dawna jest nieciekawa, a skinheadzi z nożami to częsty widok po zmroku. Ataki na obcokrajowców, dewastacja miejsc kultu innych niż katolicka religii to tam chleb powszedni. W efekcie ostatniej akcji skinów młody człowiek trafił na OIOM. We wtorek odłączono go od aparatury podtrzymującej życie... Ciężko cokolwiek tu napisać, bo zabójstwo w imię chorych idei nigdy nie będzie wytłumaczalne. Sprawcy pobicia byli związani z neonazistowskim ugrupowaniem Blood & Honour.

Skrajnie prawicowe organizacje często odżegnują się od totalitarnych ideologii i starają pokazywać „ludzkie” oblicze. Niestety, prawda bywa inna. Jak łatwo zresztą medialnie strzelić sobie w stopę doskonale ukazuje poniższe zdjęcie. Dla niezorientowanych: jeden z członków podhalańskiego ONR pozuje do fotki w bluzie Blood & Honour, również oznaczonej jako sekcja z Podhala.


Polecamy lekturę odpowiedzi Tomasza Migdałka. Równocześnie polemika ta ma na celu otwarcie debaty o polskim nacjonalizmie. Zapraszamy do dyskusji!

Tiga zagra w Warszawie

Autor/Dodał: Katarzyna Renkiel

Tiga zagra w Warszawie

Kto interesuje się muzyką z gatunku electroclash z pewnością kojarzy pana ukrywającego się pod pseudonimem Tiga.

Tiga, a właściwie Tiga James Sontag to kanadyjski DJ i producent działający na rynku muzycznym od 2001 roku. W kręgu jego zainteresowań znajduje się muzyka elektroniczna z gatunku electroclash, electro, house i minimal. Artysta zadebiutował singlem Sunglasses at Night (cover przeboju Coreya Harta z 1984), który wydał w duecie z Zyntheriusem. Okazał się on wielkim sukcesem, a Tiga będąc już znanym i lubianym DJ-em rozpoczął pracę m.in. nad kompilacją DJ-Kicks: Tiga (2002), która weszła w skład wydawanej do dzisiaj serii kompilacji DJ-Kicks. Kolejne single to kolejne sukcesy, m.in. Hot in Here (2003), Pleasure from the Bass (2004), You Gonna Want Me (2005) i 3 Weeks (2006). W 2006 roku artysta wreszcie wydał swój debiutancki album studyjny Sexor. Trzy lata później ukazała się jego druga płyta Ciao!

Koncert odbędzie się w piątek 20 kwietnia w klubie 1500 m2 do wynajęcia. Początek o 22:00.

Kraków: Przegląd Kapel Studenckich

Autor/Dodał: Katarzyna Renkiel

Kraków: Przegląd Kapel Studenckich

PKS, czyli Przegląd Kapel Studenckich rusza już 20 kwietnia. Kto zagra tym razem?

PKS to nie tylko konkurs zespołów studenckich, ale i festiwal muzyczny. Podczas trzydniowej imprezy wystąpi dziewięciu wykonawców, a jury składające się z muzycznych ekspertów i dziennikarzy wybierze najlepszych.

Wydarzenie ma na celu promowanie twórczości młodych debiutujących artystów, którzy podczas trwania imprezy mają szansę wziąć udział w profesjonalnych warsztatach muzycznych i psychologicznych oraz poznać zakulisowe procesy branży rozrywkowej.

Każdy dzień zakończy występ gwiazdy. Będą to L. Stadt, Tymon Tymański & The Transistors oraz Łąki Łan. W konkursie wezmą udział: Dot (dubstep, hip-hop, minimal), Kasia Sochacka z zespołem (jedna z finalistek III edycji „Mam talent”), Meow (elektronika, ambient i post-rock), Petite Illusion (alternatywa, pop), Seven Seeds (pop, rock, soul, blues, folk), Two Red Triangles (folk, alternative, new wave, indie rock).

Przegląd rozpocznie się 20 i potrwa do 22 kwietnia. Całość odbędzie się w Rotundzie. Początek o 20:00. Szczegółowy program na stronie http://www.pks.rotunda.pl.

Szaleństwo bez metody

Autor/Dodał: Piotr Łabiszewski

Szaleństwo bez metody

Deregulacja zawodów, nagłaśniana jako sukces jaśnie wielebnych, ba wielbionych nawet elit, okazała się sukcesem niecałkowitym, a nawet klapą wielką jak ta od sedesu.

Zmiany owe porównać można do wrzucenia kilograma tapety na prababcię z nadzieją, że znajdzie się chętny do ożenku i bogaty amant. W ogóle cały system organizacji w Polsce jest niczym więcej jak szaleństwem. Pozwolenia na wszystko, opisy, przepisy, wypisy, a wszystkie one pisane na brudno, jak notatki w zaszycie niechlujnego ucznia.

ZUS, przekleństwo Bismarcka i marzenie każdego leniwego komucha, jest kolejnym koszmarem z wiadomej ulicy, z wiadomego filmu. Jesteśmy zmuszani do płacenia składek pod groźbą odsiadki, a czynimy to z pełną świadomością bezcelowości. Wiemy przecież, że emerytur nie będzie, a leczyć i tak musimy się sami. Pociągi się wywracają, a autostrady pękają w szwach. Szkoda tylko, że szwy trzeba zakładać przed oddaniem którejkolwiek z nich do użytku. Mamy pułkownika, który strzela tak niecelnie, że z trzech centymetrów nie trafił we własną skroń, panią ministrę, która o sporcie wie tyle, że jest, posła, który nie wie czy jest kobietą, czy mężczyzną i Biedronia. Biedroń zaś ma dylemat, bo nie wie czy może podrywać wyżej wspomnianego posła, bo on jest kobietą teraz przecież... Seksmisja na całego!

Właśnie seks jest dziś największym problemem w Sejmie. Edukacja o nim ma być, czy nie być (oto jest pytanie), a jeśli tak, to w jakiej formie. Teraz wiem, skąd cały ten burdel, skoro wszystkie nasze najważniejsze prawa kręcą się wokół czterech liter. Liter i to niejeden spożywa zapewne poseł Palikot, bo w życiu takich bredni od trzeźwego nie słyszałem. Możliwe jest też, iż poseł ów jest pod wpływem zgoła innego specyfiku. I tu rodzi się pytanie: jeśli za prowadzenie auta pod wpływem grozi odsiadka, a za prowadzenie kraju nie, to gdzie tu logika? W Kolumbii pomogła modlitwa i wiara - w Bogu nadzieja i siła. Wierzmy, że jesteśmy w stanie przywrócić nasz kraj do normalności. Wierzmy!

Tekst ukazał się również w portalu Wiadomości24.pl

MaxFloFest w Szczecinie

Autor/Dodał: Katarzyna Renkiel

MaxFloFest w Szczecinie
Styloojeden

Będzie bardzo reggowo, dancehallowo i rapowo. To znak, że nadciąga MaxFloFest. Zagrają: Grubson, Skorup oraz Styloojeden.

GrubSon, a właściwie Tomasz Iwańca to raper i producent muzyczny. Jego ostre teksty celnie opisują polską rzeczywistość. Występował w formacjach 3oda Kru, Siła-Z-Pokoju i Super Grupa. W 2009 roku nakładem MaxFloRec ukazał się pierwszy oficjalny album rapera zatytułowany O.R.S. Artysta współpracował do tej pory m.in. z East West Rockers Sound System, Junior Stress, Abradab, Natural Dread Killaz i Rahimem.

Skorup swoje pierwsze kroki w hip-hopie stawiał już pod koniec lat 90. Jednym z pierwszych zarejestrowanych nagrań był kawałek komentujący inwazję na Irak. Wkrótce założył zespół o nazwie Eskapada, w którym to pierwotnie był zarówno MC, producentem, jak i ghostwriterem. Zwieńczeniem działalności grupy był wydany w roku 2003 nielegal Gdzieś między piekłem a niebem. Ekipa nagrała także wspólnie z Koligacją Gie-Ka (lata 2001-2002) album pod szyldem Autonomia. W 2006 roku Skorup rozpoczął solową karierę, czego efektem był krążek Pieśń Wajdeloty. 2009 rok przynosi kolejny longplay Droga watażki. W połowie 2011 nakładem wytwórni MaxFloRec, ukazuje się jego trzeci album Etos kowboja. We wszystkich jego płytach słychać fascynację filozofią, zwłaszcza Sokratesem. Muzyk jest też współorganizatorem cyklicznego festiwalu „Hip-Hop na Zamku w Chudowie”.

Styloojeden to formacja trzech MC's (Atim, Puq, Zonk), którzy po solowych próbach utworzyli jeden projekt. Ich wspólna historia zaczęła się już w 2001 roku, kiedy Puq i Zonk zaczęli nagrywać jako Ten Tego (z Minixem). Po nagraniu kilku utworów Puq postanowił zacieśnić współpracę z poznanym niedawno Miuoshem tworząc Projektor, do którego po jakimś czasie dołączył Zonk. Spod szyldu PRT wyszły dwie niezależne produkcje: Numer jeden i Cd-n. W 2006 wychodzi debiutancki album PRT Miraż, którego producentem wykonawczym jest Rahim. Na początku 2008 zeszły się ponownie ścieżki Puq'a i Zonka, pojawiły się dyskusje na temat potencjalnej współpracy. Pierwsze efekty można było usłyszeć w maju 2009 roku na składance Podaj Dalej, gdzie Styloojeden debiutuje numerem Nie ma tego złego. Obecnie Styloojeden pracuje nad swoim pierwszym krążkiem.

Koncert odbędzie się w czwartek 19 kwietnia w szczecińskim Domu Kultury Słowianin. Start o 20:00.

Czarna Wołga odjechała

Czarna Wołga odjechała

Autor/Dodał: Filip Żbikowski
21-05-12
Kufel zamiast gazety

Kufel zamiast gazety

Autor/Dodał: Tomasz Migdałek
21-05-12
Festiwal powstał z marzenia

Festiwal powstał z marzenia

Autor/Dodał: Filip Żbikowski
16-05-12
Euro spoko?

Euro spoko?

Autor/Dodał: Justyna Kotowiecka
09-05-12
Między FL a PL (7)

Między FL a PL (7)

Autor/Dodał: Justyna Kotowiecka
07-05-12