Czarna Wołga odjechała
Autor/Dodał:
Filip Żbikowski
Przybywa w Polsce wielbicieli małych browarów, ludzi cechujących się bardziej wysublimowanym gustem niż połykacze płynów, które proponuje tzw. Tyskwiec (umowna, zbiorcza nazwa najpopularniejszych w kraju marek). Jednak promotorom niszowych smaków nie bywa łatwo. Z eks-właścicielem Czarnej Wołgi i właścicielem salonu piwnego Browarium - Krystianem „Bułą” Bogusiakiem rozmawia Filip Żbikowski.
Filip Żbikowski: - Jakiś czas szukałeś swego miejsca w rzeczywistości. Sprawdzałeś różne opcje, pracowałeś za granicą. Skąd pomysł na piwny lokal?
Krystian Bogusiak: - Kilka lat spędziłem na hiszpańskiej Majorce. Mieszkałem i pracowałem w miasteczkach Magaluff i Palmanova. Są to miejscowości czysto rozrywkowe, gdzie młodzi Anglicy, Szwedzi czy Niemcy przyjeżdżają na alkoholowe wczasy. Sprzyja to niesamowitej ilości knajp, pubów, dyskotek, night clubów i czego tam sobie nie wymyślisz, żeby nazwać lokal, w którym można kupić alkohol. Byłem w Amsterdamie, Berlinie czy Barcelonie, ale nigdzie nie widziałem takiej ilości barów na „metr kwadratowy”. Jest przy plaży dwukilometrowa ulica, na której jest około 500 miejsc, gdzie można wdepnąć na piwo. Konkurencja i klientela niemalże z całego świata powoduje, że różnorodność ofert, wystroju, klimatu, muzyki itepe jest nie do ogarnięcia. Stąd pomysł, żeby zrobić coś takiego po powrocie do Heimatu. Przecież w Słupsku nic takiego nie ma - myślę sobie, wszystkie knajpy na jedno kopyto, wszędzie to samo piwo i ta sama muzyka. Nawet kafelki w kiblach takie same...
FŻ: - Opowiedz więcej o Czarnej Wołdze i jej idei, eventach, które organizowałeś. Słupsk to nawet nie stutysięczne miasto, nie miałeś obaw?
KB: - Wołga była lokalem dla przyjaciół i wszystkich tych, którzy nie czują się komfortowo w otoczeniu krótko ostrzyżonych „sportowców” i pijanych gówniarzy. Muzyka też odbiegała od knajpianej normy, co w połączeniu z największą ofertą piwa na środkowym Pomorzu dawało ciekawy efekt: różowe księżniczki i nadmuchani panowie wychodzili jak nie po usłyszeniu muzyki, to po zetknięciu z lodówkami, gdzie nie było Żubra i Redds'a.
Eventy? W kamienicy w centrum miasta nie ma mowy o koncertach czy potupajach. Poszliśmy więc w „piwną edukację”. W Międzynarodowy Dzień Piwa i Piwowara był wykład i degustacja, na Dzień Świętego Patryka były piwa irlandzkie, zielone (oryginalne, nie Specjal z barwnikiem), irlandzki folk i tak dalej. Generalnie wszystkie imprezy kręciły się wokół tego, co oferuje piwny świat. Obaw nie mieliśmy, byliśmy pełni pasji i wiary, że robimy coś z sercem, a nie tylko dla mamony.
FŻ: - Lokalizacja wydawała się świetna - główny pasaż Słupska, blisko dworców PKP i PKS. Dlaczego nie zadziałało?
KB: - Pytanie chybione. Zadziałało. Pamiętaj, że postawiliśmy na „edukację”, nie na mamonę. Teraz ludzie w Słupsku wiedzą, że piwo to nie tylko te pięć marek, które reklamują w telewizji. Natomiast bliskość dworców dała pretekst konkurencji do wypisywania głupot na forach internetowych, że „Wołga jest dla buraków z PKS-u” (śmiech). Wołga jako jedyny słupski lokal został dostrzeżony przez piwoszy z całego kraju. Pamiętamy jeszcze, jak przyjeżdżali do nas usteccy wczasowicze ze Stolycy, bo „w Słupsku to się można napić takiego piwa, jakiego nie ma nawet w Warszawie”.
Piwo to nie tylko żółta woda gazowana z alkoholem, ale również odpowiednie wysycenie, zawartość ekstraktu, metoda warzenia, dobrane słody czy gatunki chmielu. Piwowarstwo, jedna z najstarszych sztuk czy też rzemiosł ludzkości, sprowadzone zostało przez korporacje do stylu disco polo.
FŻ: - Jak zareagowałeś na ustawowy zakaz palenia w prywatnych lokalach? Czy w świetle dzisiejszych posunięć władz nie wydaje ci się to ówczesnym badaniem gruntu, sprawdzianem, na ile rząd może sobie pozwolić bez reakcji bezwolnych obywateli?
KB: - Ustawa weszła w momencie, gdy lokal był już w trakcie adaptacji, więc nie mieliśmy większego wyboru. Na początku byliśmy strasznie, delikatnie mówiąc, rozczarowani. Jednak miesiące pracy za barem pozwalają stwierdzić, że zakaz jest słuszny. Sam palę jak lokomotywa, ale mogę to robić na zewnątrz. Z punktu widzenia, tfu, „biznesowego”, podobnie - klient, który pali przy stole wypije mniej piw i będzie bardziej pijany niż ten, co nie pali. Na drugą część pytania nie odpowiem, bo nie ma związku z tematem wywiadu. Nie zdziwmy się tylko któregoś dnia, że Unia nam zakłada w domach czujniki dymu, a wszystko przejdzie po cichu, bo okaże się, że Rutkowski jest ojcem nieszczęsnej Madzi...
FŻ: - Jak układała się współpraca z miastem?
KB: - Jaka współpraca? Miasto pobiera tylko haracz za koncesję na sprzedaż alkoholu. Jest to niebagatelna kwota ponad trzech tysięcy złotych rocznie. Przedsiębiorca (czytaj: frajer) nie ma za to nic: opieki prawniczej, administracyjnej, zero! Natomiast byle lump czy sąsiad-pieniacz wywalony z lokalu może złożyć donos, że „tu, panie, dziwki są i narkotyki” i leżysz. Z góry zakłada się winę dopóki nie udowodnisz, że jesteś niewinny. Pisma, tłumaczenia, sprawy sądowe na twój koszt. Szkoda gadać.
FŻ: - Małe, lokalne browary zdobywają coraz więcej zwolenników, czyżby nie nadszedł jeszcze czas oferujących takie piwa knajp? Być może padłeś ofiarą knowań Tyskwca?
KB: - Takie knajpy doskonale funkcjonują w całej Polsce, przykładowo Degustatornia i Kandelabry w Trójmieście, Browar Ciechan otwiera całą sieć swoich lokali... Po raz kolejny powtarzam: nie padliśmy ofiarą żadnych knowań i nie zbankrutowaliśmy. Po prostu zmieniła się forma prowadzenia biznesu połączonego z pasją. Świadczą o tym setki zadowolonych klientów oraz słupskie sklepy, które nagle zauważyły, że w Polsce jest jakieś inne piwo niż Żubr i Warka i próbują z nami konkurować.
FŻ: - Smutne jest to, że korporacje potrafią ludziom wmówić wiele spraw, podobnie jest z głównymi, najpopularniejszymi markami piwa w Polsce. Wielu piwoszy nadal uważa je za znakomite smakowo.
KB: - Nie mylmy tutaj piwosza z konsumentem. Jeden kupuje znaczki na poczcie jak leci i byle taniej, a drugi jeździ po giełdach, jarmarkach, spotkaniach i wydaje grube sumy - którego nazwiemy filatelistą? Podobnie z piwem - jeden ma wyłożone na to, co pije, byle taniej i mocniej, drugi zaś poszukuje czegoś nowego, ma instynkt poznawczy. Piwo to nie tylko żółta woda gazowana z alkoholem, ale również odpowiednie wysycenie, zawartość ekstraktu, metoda warzenia, dobrane słody czy gatunki chmielu. Piwowarstwo, jedna z najstarszych sztuk czy też rzemiosł ludzkości, sprowadzone zostało przez korporacje do stylu disco polo. Zdecydowana większość konsumentów zna tylko te marki, które są reklamowane w telewizji. Codziennie słyszymy w sklepie teksty typu: nie wiedziałem, że jest tyle piwa! W samej Polsce w tej chwili rozlewa się około 400 marek piwa, na świecie jakieś 40 tysięcy. Pamiętajmy, że to co widzimy w mediach to nie prawda objawiona, tylko po prostu ktoś jest bardziej cwany, albo ma więcej kasy niż inni. Wracając do korporacji: piwo jako bodaj jedyny środek spożywczy w tym kraju nie podlega ustawowo informowaniu klienta o pełnym składzie. Dlaczego? Czy komuś to jest na rękę? Skoro korporacje nie mają nic do ukrycia, to czemu nie podają składów swoich wyrobów oprócz suchego tekstu: zawiera słód jęczmienny?
FŻ: - Jakie plany po zamknięciu Czarnej Wołgi?
KB: - W tej chwili na stałe mamy ponad 250 marek piwa, z tego ponad połowa to Polska. Chcemy dobić do 400, na więcej nie mamy miejsca. W tym roku chcemy otworzyć także drugi sklep. Większych planów nie zdradzam, gdyż konkurencja nie śpi.
FŻ: - Dzięki za rozmowę i powodzenia.
poniedziałek, 21 maja 2012







